Nauka bibliodramy w międzynarodowej grupie chrześcijan

Sabine Ahrens

(..) Przed rozpoczęciem tego kursu nigdy wcześniej nie byłam w Polsce. Urodziłam się w 1961, a wychowywałam w pobliżu granicy z Polską, w dolnosaksońskiej wiosce blisko „strefy granicznej”. W naszej wsi mieszkało wielu „uciekinierów” z obszaru dawnego Śląska, jednak opowieści o różnych ucieczkach matek i ojców moich przyjaciół i najbliższych kolegów naprawdę niewiele mnie wtedy interesowały.(..).
Do uczestników kursu dołączyłam już jako spóźniona, gdyż zajęcia zaczęły się wcześniej, a ja dołączyłam do grupy dopiero w Jauernick (obok Görlitz). Pierwsze moje mocne przeżycie miało miejsce zaraz na wstępie, gdy jeden z uczestników kursu powitał mnie doskonałym, wytwornym językiem niemieckim przedstawiając się jako „Ślązak”, a gdy spostrzegł mój sceptycyzm wygłosił mi krótki wykład na temat Śląska. Dowiedziałam się wtedy, ze jestem na śląskich Łużycach Górnych, czyli w miejscu gdzie żył i tworzył śląski pisarz Horst Bienek. W ciągu kolejnego roku przeczytałam więc Gliwicką Trylogię i wszystkie inne dzieła tego autora. I odtąd w zawrotnym tempie postępowały zmiany w mojej świadomości, jako następstwa swoistego „otwarcia na wschód” a mój obraz Europy w ciągu tego roku gwałtownie zmieniał się i poszerzał. Polska historia zaczęła też coraz bardziej łączyć się z moją: uczyłam się dostrzegać jej splatanie i wplatanie się we współczesność. W ciągu tego roku odnalazłam coś, o czym nie wiedziałam, że tego szukałam (…).

Różnice wyznaniowe
Jeszcze we wstępnej fazie pierwszej części naszego warsztatowego spotkania wdałam się w zasadniczą rozmowę na temat kontekstowości teologicznego myślenia i kościelnej dogmatyki. Moja rozmówczyni studiowała swego czasu katolicką teologię w Wiedniu i uzyskała tam dyplom. Byłyśmy zaskakująco zgodne w swoim myśleniu. I to był swoisty wstęp do wszystkiego, co miało nastąpić później.
Każdy dzień rozpoczynaliśmy katolicką mszą świętą. Na początku czułam się w tym obco, ale już po krótkim czasie zaczęłam się wręcz rozkoszować jej jasną formą liturgiczną . Poczułam przyjemność i „piękno nic-nierozumienia” (Willemsen), co mnie bardzo zaskoczyło. Czułam jak bardzo oddziałuje na mnie piękno rytuału i obraz dźwiękowy tej mszy, przez co powstaje we mnie znacznie mniejszy opór niżby to wywoływała sytuacja, w której musiałabym ustosunkowywać się do różnic w interpretacjach treści. Rozwijające się we mnie zaufanie do osób, które wzrastało w trakcie całego procesu bibliodramatycznego pozwalało mi też ufać treściowej zawartości mszy, mimo, że nie byłam w stanie śledzić ani kontrolować językowo jej treści. Mogłam sobie przez to pozwolić, aby w pewien sposób zatopić się w niej, czego zupełnie nie znam z moich „własnych” nabożeństw, ewangelickich.

Różnice jako szansa
Poczucie obcości umożliwiło mi zbliżenie się do postawy szukania zrozumienia tam, gdzie normalnie w znanych mi warunkach dużo szybciej zareagowałabym obronnie(…)
Wyczuwałam po obu stronach, po polskiej i po niemieckiej, pewną ciekawość i zainteresowanie, a w sobie czułam wręcz tęsknotę do tej obcości. Uważam, że takie odruchowe odczucia są w nas tak samo pierwotne i elementarne jak i nasza obrona przed obcością.
Wydaje mi się podejrzane powszechnie teraz przywoływany w mediach w związku z wzrastającą falą uchodźców „lęk przed obcym”. Według mnie istnieje też w nas tęsknota za Obcym. I w tej tęsknocie odbijać się może nasza tęsknota za Bogiem, którego też mówiąc językiem teologicznym, opisujemy jako kogoś, kto jest „w pełni Obcy” naszemu myśleniu, naszej zdolności pojmowania(…)

(tłum. Krystyna Sztuka)

Back to Top